Koniec świata!

6 czerwca 2014
6

Wygląda na to, że cuda się zdarzają! Ja, Berciuch, zdeklarowany nołlajf, którego jedyną aktywnością fizyczną do tej pory był trening refleksu (i nocne bieganie z AUGiem po de_dust2), łyknął bakcyla na tak zwany zdrowy styl życia. Ale tak, to bardzo w moim stylu – dopiero wtedy, gdy stopniowo cichną wszelkie ochy i achy dotyczące Chodakowskiej, air maxów i tego typu pierdów, w moim móżdżku zaczyna kwitnąć myśl: „a może by tak wreszcie ruszyć dupsko?”. Ech, hipsterem być!
Wybór padł na rower i basen. Na jazdę na rowerze nakręcił mnie kolega z serwera – ot taki paradoks. Wyciągnęłam z piwnicznej graciarni swój rower (zaskakujące, że dostałam go chyba w podstawówce, a wciąż dobrze mi się na nim jeździ), wypolerowałam dziada (ściera nie ominęła nawet najtrudniej dostępnych zakątków) i pozdzierałam naklejki (Forester! Matko bosko, dlaczego Mój Rower ma sugerować, że namiętnie śledzę „Modę na sukces”?). Wreszcie zaopatrzyłam się w koszyk, do którego spokojnie mogę wrzucić torbę i kurtkę.
Myślałam też o garażowej wersji „Extreme Makeover Bike Edition”, dokładniej o płomyczku na ramie, ale po przespanej nocy (może dwóch lub trzech, ewentualnie tygodniu) doszłam do wniosku, że mój wehikuł podoba mi się taki, jaki jest, a trochę szkoda by było, gdyby mój wewnętrzny Picasso zaniemógł.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że przez moje osiedle (i pół miasta) przebiega świeżo wybudowana ścieżka rowerowa „Zielona Strzała”. Teraz, kiedy jeżdżę trochę częściej niż dawniej, widzę, że sytuacja pod względem ścieżek w moim mieście uległa zdecydowanej poprawie w ciągu ostatnich lat. Tylko czasami pojawia się nieodparta pokusa przyrżnięcia kierownicą w kogoś, kto zasuwa po ścieżce na dwóch nogach i nawet nie kwapi się, żeby z niej zejść, mimo że widzi rowerzystę. Marzy mi się donośny klakson na takie przypadki. O taki na przykład :D.
Może notka wieje nieco huraoptymizmem, bo jestem dopiero na początku swojej drogi (ścieżki :P), ale myślę, że ciężko będzie mi teraz z niej zrezygnować, kiedy już zaczęłam się rozkręcać. Wyników póki co nie mam oszałamiających (biorąc pod uwagę, że na dłuższą przejażdżkę wybywam raz w tygodniu), a za wielki wyczyn uznaję przejechane wczoraj dziewięciu kilometrów, ale… mój banan na japie jest zawsze wprost proporcjonalny do ilości przejechanych kilometrów. I nawet jakoś tak bardziej optymistycznie patrzę na życie. Wygląda na to, że faktycznie coś jest w powiedzeniu „w zdrowym ciele zdrowy duch” ;).
O basenie może innym razem, bo… właśnie zbieram się na basen :D.
A, jeszcze jedno – dobre towarzystwo to podstawa!

 



Tagi: , ,

6 odpowiedzi na “Koniec świata!”

  1. o własnie, dobre towarzystwo to podstawa ;) jeszcze lepiej mobilizuje :)

    • An J napisał(a):

      Niby tak, ale ja bym się chyba bardziej denerwowała, że nie daję rady i zostawia mnie w tyle i bym się bardziej wkurzała… :P

    • Zajęczak napisał(a):

      Haha, faktycznie AN J – choć, w sumie (co też nie jest takie dobre) – mogłoby to działać w drugą stronę: równie dobrze Ty sama wkurzałabyś kogoś tym, że jesteś szybsza/lepsza :D

  2. Asiula napisał(a):

    Zazdroszczę!

  3. URODA.COM napisał(a):

    lepiej późno niż w cale :)

  4. E-ziko napisał(a):

    Ważne, że rower się troszkę przewietrzył. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Cześć, jestem Berciuch. Jak widać, nie facet, choć ksywa może sugerować inaczej . Fajnie, że jesteś - rozgość się w moim świecie i zostań na dłużej!

Facebook

Instagram

Reklama



© 2011-2015 Berciuch. Wszelkie prawa zastrzeżone.